Syn nieprawomyślny
Opublikował/a CD34 w dniu marzec 21, 2007
Od onego natłoku paranoi wszelakiej, co to ją politycy po rozmaitych stacyjach rozpowiedają, wielcem się w blogowaniu mojem zapuścił. Ale i też ochoty jakowej we mnie nie było, bo i cóż tu pisać ku uciesze, skoro większych mecyj jak giertychowe dostarczyć nie podobna.
Poranna lektura serwisu gazeta.pl skłoniła mnie dzisiaj jednak do podzielenia się kilkoma przemyśleniami. Moją szczególną uwagę przykuła informacja o neofityzmie Ludwika Dorna. Zapewne rozczaruję paru czytelników, ale nie zamierzam dowodzić wyższości judaizmu (choć mimo pochodzenia ministra raczej winienem napisać ateizmu) nad chrześcijaństwem lub na odwrót. Jest bowiem oczywiste, że uznanie danego systemu filozoficznego (czyt. wyznania) za jedynie słuszny jest w pewnym zakresie kwestią indywidualną. Wątpliwości moje wzbudziły w przypadku tej informacji zupełnie inne kwestie. Jeśli prawdą jest stwierdzenie, że pan minister przyjął był chrzest przez wzgląd na miłość do swojej głęboko wierzącej wybranki, to pozostaje mi jedynie współczuć, gdyż taka pobudka z punktu widzenia samej istoty przyjmowania jakiegokolwiek wyznania wydaje się cokolwiek wadliwa.
Znaczenie słowa „wyznanie” w kontekście religijnym odnosi się przede wszystkim do uznania czegoś za prawdziwe i wiarę w to. Zatem ponad wszelką wątpliwość podstawową przesłanką do przyjęcia jakiegoś światopoglądu powinna być wiara w prawdziwość twierdzeń w nim zawartych, nie zaś miłość do żarliwego wyznawcy danego systemu filozoficznego. Rzecz jasna, możnaby przyjąć założenie, że miłość zaoowocowała w tym przypadku bezgraniczną ufnością względem wybranki, tym samym uwiarygadniając wyznawane przez nią poglądy. Ale odnoszę wrażenie, że byłoby to, tak modne obecnie, semantyczne nadużycie.
Jest jeszcze jedna wątpliwość w tej sprawie, która nie daje mi spokoju. Otóż odnoszę wrażenie, że prawdziwe pobudki kryjące się za chrztem Ludwika Dorna mają podłoże polityczne. Wielokrotny rozwodnik i w dodatku bezwyznaniowiec nieprawomyślnego pochodzenia nie pasował do narodowościowo-katolickiej wizji polityka jedynie słusznej partii. Ale wszystko już jest w normie. Zbawcza siła chrztu rozgrzeszyła wicepremiera nadając jego dalszej karierze politycznej właściwą formułę. Mam nadzieję się mylić.